Człowiek jest najważniejszym ogniwem cyberbezpieczeństwa
Dlaczego w erze cyfrowych zagrożeń wciąż skupiamy się wyłącznie na technologii, zapominając o emocjach i psychologii? Dlaczego odporność na propagandę to fundament bezpieczeństwa publicznego? O tym, jak budować odporność społeczną, dlaczego urzędnicy potrzebują wsparcia emocjonalnego oraz gdzie leży pierwsza linia obrony przed dezinformacją, rozmawiamy z Martyną Wilk – wykładowczynią na studiach podyplomowych na Uniwersytecie SWPS, członkinią Rady Odporności przy Ministrze Spraw Zagranicznych i ekspertką z zakresu cyberbezpieczeństwa psychospołecznego.
Data publikacji: 11.09.2026
Ekspertka:
- Prowadzi Pani autorski przedmiot „Psychologia w służbie cyberbezpieczeństwa” na studiach podyplomowych na Uniwersytecie SWPS. Dlaczego w debacie o cyfrowych zagrożeniach tak często zapominamy o czynniku ludzkim, koncentrując się wyłącznie na rozwiązaniach technicznych?
- Bo tak jest prościej. Wbrew pozorom wiedza techniczna jest czymś, co można zrozumieć na poziomie intelektualnym i w ten sposób uznać dany problem za zrozumiany i rozwiązany. Wiedza społeczna, psychologiczna i humanistyczna wymagają zupełnie innego podejścia – przede wszystkim pogodzenia się z faktem, że wszystko, co dotyczy człowieka, jest nieprzewidywalne i niepewne. Wymaga wiele siły, spokoju, a od liderów także odwagi cywilnej, aby przyznać: tak, znamy się na problematyce cyberbezpieczeństwa, ale nie wszystko rozumiemy i nie z każdym problemem jesteśmy w stanie sobie poradzić tu i teraz.
- Na zaproszenie MOPS we Wrocławiu opracowała Pani założenia do programu przeciwdziałania cyberprzemocy dla Gminy Wrocław. Jakie są Pani zdaniem najskuteczniejsze metody budowania empatii w środowisku cyfrowym, w którym anonimowość często staje się tarczą dla agresorów?
- Najskuteczniejszą metodą jest właśnie to, co kilka lat temu zrobili pracownicy wrocławskiego MOPS-u. Tworzyli nową strategię przeciwdziałania przemocy dla miasta, nie mieli wiedzy o cyberprzemocy, ale byli pewni, że to bardzo poważny problem, którego nie wolno im zignorować. Zrobili więc najlepszą możliwą rzecz: uznając mnie za ekspertkę w temacie, poprosili mnie o wsparcie. Właśnie tak buduje się odporność społeczną: wiem, że coś jest problemem, ale nie wiem, jak mu przeciwdziałać; proszę o pomoc kogoś, kto pomoże mi zrozumieć prawdziwą naturę problemu i powie, jak mogę mu zaradzić. Zatem jeśli chcemy więcej empatii, to musimy nie bać się uczyć nowych rzeczy i prosić o wsparcie.
- Jako inicjatorka poradnika „Samorządy wobec dezinformacji” Rady Odporności MSZ, jak ocenia Pani gotowość lokalnych społeczności na odpieranie zmasowanych ataków informacyjnych? Gdzie leży pierwsza linia obrony w skali mikro?
- Mamy wiedzę, która pozwala nam radzić sobie nie najgorzej i z infodemią, i z dezinformacją. Z całą jednak pewnością brakuje nam traktowania tej wiary serio. Z różnych powodów – może z lenistwa, może z lęku – wolimy twierdzić, że za nasze, społeczne, bezpieczeństwo cyfrowe odpowiada państwo. A to tak nie działa. Złożone problemy wymagają współpracy. Owszem, musimy oczekiwać i wymagać profesjonalizmu od władzy centralnej, od władz samorządowych, od służb. Ale nie jesteśmy w stanie wymagać niczego sensownego, dopóki sami nie mamy jako takiej wiedzy o zagrożeniach cyfrowego świata. Dlatego jeśli mam wskazać pierwszą linię obrony w skali mikro, to odpowiedź jest dla mnie oczywista: pierwsza linia obrony to każdy pojedynczy człowiek. Chcesz żyć w państwie bezpiecznym cyfrowo, edukuj się i bądź na bieżąco zarówno z zagrożeniami, jak i z możliwościami cyfrowego świata.
- Pracuje Pani także jako wykładowczyni na studiach podyplomowych „Bezpieczeństwo publiczne. Zarządzanie kryzysowe”. Czy z tej perspektywy zauważa Pani ewolucję roli tradycyjnej administracji publicznej? Czy urzędnik jutra musi być dziś przede wszystkim analitykiem odporności na hybrydowe zagrożenia i dezinformację?
- Nie wiem, czy potrafię spojrzeć na ewolucję polskiej administracji publicznej z lotu ptaka. Z całą pewnością ja jestem tym pokoleniem urzędników, które nie trafiło do tego zawodu z przypadku. Przez wiele lat pracowałam w sektorze prywatnym i chęć związania kariery zawodowej z służbą publiczną była moim świadomym wyborem, wymagającym sporego wysiłku i kreatywnego podejścia do realizowania zadań publicznych. Mam nadzieję, że urzędnicy nie żyją w przekonaniu, iż ich praca to niekończąca się walka z kłamstwem i z zagrożeniami. Niestety, z licznych nieformalnych spotkań i z oficjalnych szkoleń, które prowadzę dla urzędników wiem na pewno, że pracownicy administracji publicznej w całej Polsce mierzą się z hejtem i oszczerstwami na swój temat. Dlatego jestem przekonana, że w pierwszej kolejności warto wspierać odporność emocjonalną urzędników na ataki hybrydowe, a w kolejnym kroku – uczyć ich rozpoznawać zagrożenia hybrydowe. Chodzi wszak o to, aby urzędnik wiedział, kiedy powinien reagować sam, a kiedy sytuacja wymaga poproszenia o pomoc przełożonych lub dedykowane służby.
- Program studiów „Bezpieczeństwo publiczne. Zarządzanie kryzysowe” kładzie ogromny nacisk na realne scenariusze, współpracę międzyinstytucjonalną i rezyliencję psychologiczną. Jakich najważniejszych nawyków strategicznych brakuje dziś najbardziej osobom zarządzającym bezpieczeństwem w terenie i jak te studia pomagają je wypracować?
- Myślę, że wciąż uczymy się, czym jest zarządzanie jako takie. Nie zawsze wiemy, czy oczekuje się od nas podejmowania samodzielnych decyzji, czy może jednak konsensusu. A zarządzanie to przecież umiejętność płynnego przechodzenia od samodzielności do współpracy. I tego de facto uczą studia. Słuchacze mają możliwość poznać siebie w różnych sytuacjach, które zmuszają do konfrontacji z trudnymi pytaniami o sobie samych. Czy nie boję się podejmować samodzielnych decyzji? Czy nie boję się przyznać publicznie, że brakuje mi wiedzy i potrzebuję wsparcia ekspertów z wyspecjalizowanych dziedzin? Czy myśląc o bezpieczeństwie, nie faworyzuję dziedziny, która jest mi najbliższa? Czy potrafię w obszar zarządzania cyberbezpieczeństwem włączać te zagadnienia, które są mi zawodowo obce? To są wielkie i trudne pytania, na które musimy umieć odpowiedzieć, jeśli chcemy skutecznie zarządzać bezpieczeństwem. Studia są pomyślane tak, aby słuchacze musieli poznać swój własny styl myślenia i działania w sytuacji kryzysu, a właściwie – w czasie permanentnego napięcia społecznego. Jesteśmy więc dla słuchaczy po to, aby z jednej strony dać im merytoryczną wiedzę, a z drugiej – zmusić ich do odczuwania symulowanej frustracji.
- Jest Pani osobą łączącą świat akademicki, ministerialny, samorządowy i NGO. Jak Twoim zdaniem najlepiej budować „ekosystem odporności”? Jak sprawić, by wiedza ekspercka realnie przekładała się na codzienne decyzje mieszkańców i działania urzędników?
- Trzeba stale się edukować i stale być w różnych środowiskach. Nie da się tworzyć warsztatów dla młodzieży, nie prowadząc warsztatów dla młodzieży. Nie da się podpowiadać sensownych rozwiązań prawnych i formalnych urzędnikom, jeśli nie odwiedza się różnorodnych urzędów różnych szczebli w różnych częściach Polski. Trzeba cenić swoją ekspercką wiedzę, mówić o niej głośno, ale równie uważnie słuchać – szczególnie cenne jest wsłuchiwanie się w głos osób, które nie są zawodowo związane z bezpieczeństwem publicznym. Osoby te są bowiem w stanie zauważać zagrożenia i możliwości, które umykają ekspertom. Nade wszystko jednak – nie wolno się obrażać. Niezależnie od wszystkiego – warto pamiętać, że większość ludzi ma dobrą wolę, chce wprowadzać dobre zmiany. Spokój i życzliwość w dzieleniu się swoim doświadczeniem to najlepsze drogi do popularyzowania bezpieczeństwa publicznego.
Czytaj także: Między wiarą a wiedzą. Jak technologia testuje naszą naiwność?
Ekspertka
Członkini Rady Odporności na Dezinformację Międzynarodową przy MSZ, członkini Polskiego Towarzystwa Zdrowia Publicznego, urzędniczka we Wrocławskim Centrum Rozwoju Społecznego, wykładowczyni na studiach podyplomowych „Bezpieczeństwo Publiczne. Zarządzanie Kryzysowe” realizowanych przez USWPS w partnerstwie z Instytutem Heweliusza, przedmiot „Budowanie odporności społeczeństwa na dezinformację”.