Samotność w związku a lęk przed bliskością
Kiedy w związku mija pierwszy etap – zakochania i idealizacji, czas pożegnać się z motylami w brzuchu, a przywitać z twardą rzeczywistością. Nie wszystkie związki wytrzymują tę próbę, w wielu pojawia się poczucie osamotnienia. Skąd samotność w relacji dwojga ludzi? – Poczucie osamotnienia nie tyle jest wytwarzane w związku, co ujawnia się dzięki związkowi. Samotnie będą czuć się osoby, które obawiają się bliskości i zależności emocjonalnej.
Data publikacji: 27.07.2020
Ekspert:
- Samotność nie spada na związek jak grom z jasnego nieba. Co poprzedza ten trudny stan?
-
Nie ma szczególnych sygnałów czy stanów poprzedzających poczucie osamotnienia. Z czasem mija jednak faza idealizacji i zakochania. Na początku partnerzy doświadczają związku selektywnie, wybierając z niego głównie to, co dobre. Jednocześnie poczucie osamotnienia jeszcze się nie ujawniło lub jest ignorowane.
Poczucie osamotnienia nie tyle jest wytwarzane w związku, co ujawnia się dzięki związkowi. Samotnie będą czuć się osoby, które obawiają się bliskości i zależności emocjonalnej. Współzależność emocjonalna jest dla nich zbyt trudna, zagrażająca, czasem wręcz niemożliwa. Często wynika to z doświadczeń w bliskiej relacji w dzieciństwie: należało wtedy zniknąć, zrezygnować ze swoich potrzeb, to inni byli zawsze ważniejsi. Bliskość była nie do wytrzymania. W dorosłym życiu odzywa się silna potrzeba, by chronić swoją integralność i odrębność, ale skutkiem może być poczucie osamotnienia.
Liczne badania pokazują, że nowy związek rozpoczynamy z nadzieją, że tym razem będzie inaczej, choć zwykle jest podobnie. Często nieświadomie podejmujemy takie działanie, by powtórzyć znany sobie schemat. Mało tego, mamy poczucie, że tym razem inaczej wchodzimy w związek, że wykonaliśmy kawał dobrej roboty, ale po czasie sytuacja się powtarza.
- Wtedy pada nieśmiertelne pytanie: „Co znowu poszło nie tak?”.
-
Do nauki potrzebne są elastyczność poznawcza i otwartość na nowości, a im sprzyjają bardziej emocje pozytywne niż negatywne. Rozpadowi związku towarzyszą często te drugie: złość, smutek, gniew, rozpacz, lęk, uniemożliwiające skuteczne uczenie się.
Często nie jesteśmy w stanie sami sobie pomóc. Jeśli mamy zakodowane pierwotne matryce emocjonalne mówiące, na czym polega bliskość, to szukamy doświadczeń potwierdzających tę „wewnętrzną rzeczywistość”. Proszę sobie wyobrazić kraj, w którym panuje niewolnictwo i nie ma szans na jego zniesienie. Jeden z mieszkańców próbuje mimo wszystko zawalczyć o wolność. Moim zdaniem ma on niewielkie szanse powodzenia. Choć znamy bohaterów dokonujących heroicznych czynów i zmieniających bieg historii, ale nie każdy ma moc, by zrobić od ręki we własnym życiu.
- „Pierwotna matryca emocjonalna” da o sobie znać?
- Podam przykład z ostatniej sesji terapeutycznej. Para rozmawia o planach na wakacje. W pewnym momencie partnerka zaczyna się skarżyć, że on nigdy nie bierze jej zdania pod uwagę, tylko żąda, by mu się podporządkowała. Tymczasem partner zaproponował jej wspólną rozmowę o wakacjach, ale ona była zbyt wzburzona emocjonalnie, by przyjąć jego słowa. Zgodnie z psychologią bliskich związków oraz psychologią emocji i motywacji rzeczywistym powodem jej reakcji było silne przekonanie, że partner ją odrzuca. Podkreślę: źródło przekonania, że partner zawsze ją odrzuca tkwiło w niej, nie w związku czy w drugiej osobie. Ona wtórnie dobrała sobie partnera, który wpasuje się w jej wewnętrzny schemat odrzucenia.
Samotnie będą czuć się osoby, które obawiają się bliskości i zależności emocjonalnej. Współzależność emocjonalna jest dla nich zbyt trudna, zagrażająca, czasem wręcz niemożliwa. Często wynika to z doświadczeń w bliskiej relacji w dzieciństwie: należało wtedy zniknąć, zrezygnować ze swoich potrzeb, to inni byli zawsze ważniejsi.
- Może tu nie chodzi o lęk przed bliskością i zależnością od drugiej osoby, ale o to, że partner/partnerka rzeczywiście ignoruje moje potrzeby, a ja o tym nie mówię, bo generalnie mam trudności z komunikacją?
-
Dobrze, przyjmijmy więc, że jesteśmy w związku, w którym partner ignoruje nasze potrzeby. Załóżmy, że tak musi być, bo on/ona robi to na nasze zlecenie. Inaczej umarlibyśmy z przerażenia, że można z kimś dzielić bliskość i że druga osoba odpowiada na nasze potrzeby, a nie tylko zaspokaja własne.
Znowu podkreślę: dziecięce doświadczenie bliskości mocno wpływa na funkcjonowanie w relacji w dorosłym życiu. Wyobraźmy sobie osobę, która na wczesnym etapie życia nie tylko nie dostała opieki, zrozumienia, wsparcia, ale musiała je zapewniać swoim rodzicom. W uproszczeniu można przyjąć, że jako dorosła osoba będzie realizować jeden z dwóch scenariuszy. W pierwszym jest dawcą – dla partnera zrobi wszystko, nawet kosztem swojego dobrostanu. Ten scenariusz można jednak zmodyfikować. Partner zaspokaja jej potrzeby, ale ona nadal czuje niedosyt i domaga się więcej: czułości, opieki, uważności. Może nawet nie zauważać, że to wszystko już dostała, ponieważ nie potrafi rozpoznać stanu, w którym jej potrzeby są zaspokojone.
W drugim scenariuszu ta osoba postawi na samodzielność i niezależność z obawy, że znowu zniknie, że będzie musiała zrezygnować ze swojego życia towarzyskiego czy zawodowego. Wybierze więc sobie partnera wyćwiczonego w ignorowaniu potrzeb, tak żeby przypadkiem niczego nie dostać. Jak widać, poczucie osamotnienia nie będzie tutaj wynikać z problemów z komunikacją. One są jedynie zewnętrznym symptomem. Na głębszym poziomie jest nieumiejętność bycia zależnym/zależną od drugiej osoby.
- A jeśli poczucie osamotnienia przynosi jakieś korzyści?
-
Zależność emocjonalna wiąże się z niepewnością. Nie wiadomo, czy partner nas nie zrani. Lepiej więc zachować dystans. Temu mają służyć powtarzane przez lata przekonania: „jestem samodzielna”, „nie będę się czuł zależny”, „mogę liczyć tylko na siebie”. One dają iluzoryczne poczucie emocjonalnego bezpieczeństwa.
Czasami lęk przed bliskością wynika z przekonań o tym, jak działa świat: „przetrwają tylko samodzielni i mocni”, „świat jest okrutny, należy być twardym”, „na pewno wszyscy chcą mnie wykorzystać”. Albo inne dysfunkcyjne przekonanie, tym razem o relacjach: „w związku należy być zawsze szczerym”. Szczerość w związku wydaje mi się trudna do realizacji, biorąc pod uwagę, jak często kłamiemy na co dzień, nawet o tym nie wiedząc. Kolejne: „związek ma być odpoczynkiem po pracy”. To jest fantazja o tym, że przychodzę do domu i teraz wszyscy mają mnie obsługiwać. Co prawda mężczyznom przez stulecia udawało się skutecznie wcielać tę fantazję w życie, ale wydaje się, że nadchodzi jej koniec.
To są wewnętrzne, trudne do zweryfikowania prawdy o świecie. Podczas terapii można się jednak przyjrzeć, jaki jest mechanizm powstawania tych przekonań i czemu mają one służyć. Pary sprawdzają też, jak wiele są w stanie zmienić. Zmniejszając poczucie osamotnienia, zwiększamy poczucie zależności emocjonalnej. Pracujemy tak, by każda z osób mogła czuć swobodę i komfort w byciu zależnym.
Zależność emocjonalna wiąże się z niepewnością. Nie wiadomo, czy partner nas nie zrani. Lepiej więc zachować dystans. Temu mają służyć powtarzane przez lata przekonania: „jestem samodzielna”, „nie będę się czuł zależny”, „mogę liczyć tylko na siebie”. One dają iluzoryczne poczucie emocjonalnego bezpieczeństwa.
- Istnieje ryzyko, że związek po takiej terapii się rozpadnie?
- To się rzadziej dzieje na terapii par, ale po terapii indywidualnej może się pojawić decyzja o zakończeniu związku. Wyobraźmy to sobie: zmieniam się, już umiem żyć w bliskości, nie przeraża mnie zależność emocjonalna. U mojej partnerki bez zmian – nadal mnie osamotnia, co było mi potrzebne, ale na wcześniejszych etapach życia, teraz jest problemem. Można odwrócić tę sytuację: moja partnerka idzie na terapię, zaczyna zwracać uwagę na moje potrzeby, uczucia, pragnienia. Czuję przerażenie. To wystawia mnie na sytuację, której unikałem, osamotniając się. Nagle odkrywam, że jestem zależny i potrzebujący. Nie wszystkie związki wytrzymają tę próbę.
- Zawsze można spróbować zmieniać świat zamiast siebie.
- Wskaźnikiem znacznej części zaburzeń psychicznych jest usiłowanie zmiany świata zamiast siebie. Nieustannie przekonuję, że partnera lepiej zostawić w spokoju, a zająć się sobą. Wojciech Eichelberger napisał książkę o bardzo trafnym tytule: „Pomóż sobie, daj światu odetchnąć”. Zwykle po terapii stajemy się dużo lepszymi osobami dla naszych partnerów/partnerek. Poza tym nie sądzę, że w przypadku wieloletniego, nawracającego poczucia osamotnienia można wyleczyć samego siebie. Samotność to choroba, a chorobę leczy lekarz.
- W związkach zdarzają się chwile osamotnienia. Może warto się z tym pogodzić?
-
Coraz silniejsza jest jednak potrzeba idealnych związków, wręcz super-związków. W literaturze można znaleźć opis związków egalitarnych, charakterystycznych zwłaszcza dla lepiej sytuowanej klasy średniej, w których dla partnerów ważna jest wysoka jakość życia we wszystkich obszarach. Dążenie do ideału ma jednak skutki uboczne. Na przykład zmęczenie. Ono najszybciej uwidacznia się w życiu seksualnym, które z czasem wysiada.
Chwile osamotnienia w związku są normalne. Można je porównać do jesiennej chandry – pojawia się raz na jakiś czas, trwa raczej krótko i nie trzeba podejmować specjalnych działań, by minęła. Ale nie można mylić jesiennej chandry z depresją. Depresja jest chorobą i należy ją leczyć. Podobnie poczucie osamotnienia, które wskazuje na głębokie cierpienie. Gdy je zostawić samemu sobie, nie wiadomo, w jakim kierunku się rozwinie.
Czytaj także: Nie tylko siniaki na ciele. Przemoc w związku
Ekspert
Psycholog, psychoterapeuta, wykładowca Uniwersytetu SWPS, który naukowo zajmuje się badaniem skutecznych metod kształcenia psychologów klinicznych. Interesuje się także komunikacją w bliskich związkach, szczególnie w rodzinach i parach.