To, o czym się nie mówi, czyli... zapomniane kompetencje
Komunikacji, negocjacji, pracy z emocjami czy radzenia sobie w trudnych sytuacjach potrzebujemy niemal każdego dnia. A jednak wiele z tych kompetencji zdobywamy dopiero w dorosłym życiu – często przypadkiem, bez planu i odpowiedniego przygotowania. Dlaczego tak trudno znaleźć dla nich miejsce w edukacji i jak możemy świadomie je rozwijać?
Data publikacji: 25.09.2026
Autor:
Ani w domu, ani w szkole…
Zatytułowałem mój artykuł nieco enigmatycznie, bo zwykle od dziecka chcemy mówić o tym, o czym się nie mówi, a każdy nas zna to powiedzenie („o tym się nie mówi”, „dowiesz się, jak będziesz starszy” itd.). Tym razem jednak mam na myśli te tematy, o których nie mówi się nam przez wiele lat nie dlatego, że „nie wolno”, ale z tej przyczyny, iż regularnie są zaniedbywane, lekceważone czy niedoceniane w procesie naszej edukacji. Posiadamy sporo wiedzy z różnych dziedzin, pełno teorii, z którymi brniemy przez system edukacji podstawowej, średniej, wyższej… Nie od dziś tak jest. „Nauczyli nas regułek i dat” – cytując znany wers utworu mojej młodości, ale nie odpowiedzieli w dużej mierze na pytanie, sprowadzające się do innego znanego cytatu: „jak żyć?”. A konkretnie: jak się komunikować, jak zarządzać konfliktem, jak udzielać pochwał i krytyki, jak reagować na sytuacje trudne, jak świadomie pracować ze swoimi emocjami itd.
Te, wymienione wyżej, tak zwane kompetencje miękkie mogłyby nam się przydać od pierwszych lat współbytowania z innymi (w klasach, grupach, projektach, związkach), a już na pewno są potrzebne w codziennym życiu dorosłego człowieka. Tak w obszarze zawodowym, jak i prywatnym. Z różnych jednak przyczyn (których nie będę tu analizować i wymieniać) formalny system edukacji nie uczy nas tych umiejętności. De facto nawet o nich nie wspomina. Uczymy się ich później na szkoleniach, czasem przypadkowo i wyrywkowo. To nie znaczy źle. Ale w większości sytuacji bez planu, kiedy nadarzy się okazja. Bo akurat w tej firmie zaplanowano dwa dni dla menedżerów z zarządzania zespołem, a ktoś inny zapisał się na radzenie sobie ze stresem, bo w jego firmie zbierali akurat zapisy na taką ofertę, a jeszcze ktoś czuje, że przydałyby mu się wystąpienia publiczne, ale w tym roku już firma nie planuje organizować grupy, bo takie szkolenie było w styczniu, a on dołączył do firmy w marcu. Pech…
Zatem zbieramy te zaniedbane w szkołach kompetencje od okazji do okazji, tym bardziej, że na otwartym rynku rzadko kiedy można ot tak sobie znaleźć ofertę szkolenia np. z negocjacji, bo akurat mam taką potrzebę. Większość szkoleń to szkolenia zamknięte w firmach, więc, żeby móc wziąć w nich udział, trzeba najpierw w danej firmie pracować.
Skąd te zaniedbania edukacyjne, przy jednoczesnym „wypełnianiu nas” wieloma treściami teoretycznymi, naprawdę mało przydatnymi w późniejszym życiu dla osób, które nie podążają ścieżką tej akurat specjalizacji? W mojej ocenie (a swojego czasu pracowałem jako polonista w liceum) z braku świadomości i braku przygotowania osób, które mogłyby nas tego uczyć. W szkołach wprawdzie pojawiła się przedsiębiorczość już lata temu, ale w praktyce w większości podzieliła los innych przedmiotów, sprowadzając się do poznania teorii biznesu, czasem przeplatanej projektami. Jednak do nauki (na tym czy innym przedmiocie) umiejętności wystąpień publicznych, szeroko rozumianej komunikacji uwzględniającej różne typologie komunikacyjne, praktycznego ćwiczenia rozmów, negocjacji itp. jest daleko. W domu w procesie wychowawczym ocieramy się czasem o te kompetencje przekazywane nam intuicyjnie przez rodziców (tych, którzy mają świadomość potrzeby przygotowywania nas do reakcji w sytuacjach komunikacyjnych). Dowiadujemy się zatem o asertywności, bardziej jednak przez profil oczekiwań rodziców, którzy chcąc mieć większe poczucie tego, że ich dziecko odmówi częstowania przez kolegów alkoholem czy innymi używkami, niż w celu świadomego kształtowania naszych postaw budujących sprawną komunikację w docelowym dorosłym życiu.
A przecież czujemy, że wyliczonych powyżej umiejętności potrzebujemy na każdym kroku. Kto bowiem nie znajduje się w sytuacji trudnej częściej lub rzadziej, ale jednak regularnie i nie wie, jak reagować na agresywnego klienta? Kto z nas nie stara się o osiągniecie określonego celu zawodowego (awans, podwyżka, realizacja potrzeby, dostosowanie godzin pracy itp.), a nie wie, jak negocjować? Kto z nas nie pracuje w zespole, a już na pewno nie komunikuje się z innymi i nie musi dbać o relacje? No nie ma takich zawodów współcześnie! Mało tego: nieraz oczekuje się od nas posiadania tych umiejętności (przykładowo: jesteś team leaderem, to rozwijaj prawidłowo swój zespół), a nikt nie pyta, czy przygotowano nas do tych kompetencji, na które inni u nas liczą i z których będą nas rozliczać.
Dlaczego ja tak reaguję?
Opanowanie kompetencji miękkiej podzieliłbym na trzy etapy. Pierwszy z nich to samopoznanie, drugi – rozpoznawanie innych, trzeci – stosowanie narzędzi adekwatnych do typu rozmówcy.
Wielokrotnie w życiu spotykamy się z sytuacją kiedy mówimy coś do różnych osób (prośbę, polecenie, tłumaczenie). Mówimy tym samym tonem, tymi samymi słowami i z takim samym zaangażowaniem. Jednak, ku naszemu zdziwieniu, jeden od razu rozumie, reaguje, ewentualnie pyta, ale widzimy, że sensownie, a drugi zupełnie odwrotnie: nie wie, o co nam chodzi, argumentacja do niego nie trafia i jesteśmy w punkcie wyjścia. Odrzucając złe intencje (ktoś celowo udaje, że nas nie rozumie, bo na przykład nie chce dostosować się do prośby czy polecenia) problem zdaje się być dziwny. Co jeszcze może być przeszkodą w skutecznym przepływie informacji, jeżeli słowa są zrozumiałe i dobrane, a zaangażowanie nasze w przekaz pełne? I tu wkracza ta nieoczywista wiedza dotycząca różnej percepcji, posiadanej przez ludzi. Te same słowa do jednych trafiają celnie, dla innych przepływają poza ich preferowanym obszarem słownictwa czy środków językowych. Ale, żeby poznać preferowany styl drugiej strony, należy poznać swój styl i wówczas rozumieć, dlaczego z kimś od razu „nadajemy na tych samych falach” a innych nie rozumiemy.
Poznaj siebie. Typologii komunikacyjnych jest wiele. I pewnie niejeden z nas wie, czym charakteryzuje się ekstrawertyzm, a czym introwertyzm, słyszał o archetypach jungowskich czy o testach typu DISC i Insight. W rozumieniu swoich potrzeb komunikacyjnych i wynikających z tego zachowań warto wybrać sobie takie typologie, które czujesz, że praktycznie cię przekonują. To moja żelazna zasada trenerska: dzielę się tylko tymi typologiami i ćwiczę je na szkoleniach, co do których mam dowody faktycznego praktycznego zastosowania ich w codziennym życiu zawodowym i prywatnym. Zresztą uczestnicy moich szkoleń od razu widzą to praktyczne przełożenie, nieraz komentując z miną podróżnika, który właśnie zza zakrętu rzeki zobaczył nowy ląd: „teraz rozumiem, dlaczego mój dyrektor zawsze się wkurza, kiedy…” albo „moja żona to właśnie tak odpowiada a ja nie wiedziałem nigdy, o co jej chodzi”. Jedną z propozycji koncepcji pokazujących „jak się różnimy” są meta-programy, których świadomość i stosowanie polecam w długofalowych relacjach w pracy i otoczeniu prywatnym. Meta-programy ewaluowały jeszcze pod koniec ubiegłego wieku jako koncepcja psychologiczna mówiąca o odmiennych sposobach postrzegania rzeczywistości. Pragmatyczny sens meta-programów zaproponowała Shelle Rose Charvet, ukazując prosty podział opozycyjnych zachowań, wprost prowadzący do analiza języka percepcji, czyli świadomej i celowej komunikacji z odpowiednim doborem słów. Definiując zwięźle: meta-programy to sposoby percepcji rzeczywistości, tego jak widzimy świat, jak o nim myślimy i mówimy. I, mimo że w zakresie danego języka i podobnego poziomu wykształcenia, obycia, posługujemy się (teoretycznie) tym samym zasobem słów, to już decyzje o częstszym lub rzadszym używaniu określonych fraz, zwrotów i pojęć będą nas różnić.
Zaczynamy zatem od poznania siebie i zrozumienia swoich decyzji oraz reakcji na określone sytuacje, bo przyznamy przecież, że nie analizujemy wyłącznie zachowań innych ludzi, ale też sami sobie zadajemy pytanie: „dlaczego to mnie tak wkurza?”, „czemu się nie zdecydowałem?” itp. Spójrzmy na jeden z meta-programów (jest ich sześć głównych, zbudowanych na zasadzie opozycji) odpowiadający za Twoje decyzje i odczucia w relacjach z innymi, które mogą ci się wydawać niejasne.
Odpowiedz sobie teraz od razu na kilka stwierdzeń – po której stronie byś się podpisał:
- Wolę wszystko sprawdzić dokładnie zanim podejmę decyzję, żeby uniknąć problemów – Wolę zacząć, a potem rozwiązywać ewentualne problemy
- Muszę oszacować wszelkie ryzyka przed podjęciem decyzji – Decyzję podejmuję szybko, czas to pieniądz
- Kluczowe dla mnie jest unikanie nieprzyjemności – Kluczowe jest dla mnie dążenie do celu.
- Lepiej nie zrobić i żałować, że się nie zrobiło – Lepiej zrobić i żałować, że się zrobiło.
To oczywiście minimalna próbka testowa, ukazująca wybrane sytuacje, w które wewnętrznie czy zewnętrznie komentujemy, ale jeżeli w większości lub w całości utożsamiasz się ze zdaniami po lewej stronie pauz, to zapewne bliskie są Ci zachowania charakteryzujące meta-program UNIKANIE. Jeżeli znalazłeś się po drugiej stronie, zapewne bliżej Ci do meta-programemu DĄŻENIE. Co to oznacza?
UNIKANIE – DĄŻENIE (inaczej: OD PROBLEMU – DO CELU) – ten meta-program ukazuje różnice między ludźmi w postrzeganiu celu, realizacji przedsięwzięcia. Pokazuje nasze priorytety oraz to, co motywuje nas do podejmowania określonych działań. Osoby z mocnym meta-programem „do celu” widzą przede wszystkim perspektywę. W planowaniu działań skupiają się na wymarzonym efekcie, jaki ma przynieść ich działanie w danym projekcie. Na przykład budując dom osoby te wizualizują już, jak on będzie wyglądać, jak się w nim będzie mieszkać i to motywuje je do działania. Z kolei osoby z meta-programem „od problemu” skupiają się na potencjalnych zagrożeniach, jakie mogą pojawić się podczas realizacji projektu i które mogą zakłócić lub przeszkodzić w procesie jego realizacji. Wolniej więc podejmują decyzję, preferują wstrzemięźliwość zamiast „rzucania się” na realizację celu. Przy budowie domu mocno będą analizować położenie, potencjalne problemy z sąsiadami, może komunikacją. Bezsprzecznie będą liczyć koszty przed wyłożeniem pieniędzy na kolejny etap inwestycji. Wydawać by się mogło zatem, że osoby „do celu” są bardziej oczekiwane we współczesnym świecie, gdzie ceni się wizję i optymistyczne patrzenie w przyszłość oraz determinację w dążeniu do celu. To prawda, że pod tym względem mają one przewagę nad osobami „od problemu”. Jednak ci drudzy, ze względu na rzetelną analizę ryzyka, w mniejszym stopniu wpadają w kłopoty np. takie jak zaciągnięcie kredytu, z którego spłatą pojawiają się później problemy.
Wejście w buty drugiej strony
Skoro już wiesz, że jesteś „unikaniem” lub „dążeniem”, to znając teorię meta-programów, możesz w praktyce diagnozować meta-program (ten i każdy inny) twojego rozmówcy. Czy ma on podobne podejście do świata? Czy w podobny sposób podejmuje decyzje? Czy używa podobnego słownictwa do twojego uzasadniając swoje działanie, argumentując lub odpowiadając na pytanie? Jeżeli tak, to znaczy, że macie zapewne zbieżne meta-programy (lub któryś z nich). Oczywiście to ułatwia komunikację: nieraz zanim jedna osoba pomyśli, druga już to powie. Z takimi osobami dogadujemy się naturalnie. Argumenty, które nas przekonują, przekonują także ich. Nawet nie trzeba znać meta-programów, bo intuicyjnie rozmowa sama się toczy ku wspólnemu celowi, jakim jest zapewne przekonanie, zachęcenie, sprzedanie czy po prostu wymiana spostrzeżeń. Co jednak, gdy rozmawiamy z osobą, która zaznaczyłaby w naszym mini-teście dokładnie odwrotne odpowiedzi niż ty?
Świadomość różnic oraz umiejętność ich identyfikacji pozwala nam na dostosowanie się do meta-programu drugiej strony. Tak, będzie to nienaturalne dla ciebie, ale efektem ma być mówienie językiem twojego rozmówcy, bo to jego przekonujesz. Nie siebie. Wyobraźmy sobie pracownika banku z meta-programem „dążenie”, który szczerze, ale nieświadomy innej percepcji przybyłego klienta z „unikaniem”, zachęca go do inwestycji finansowej. Odrzucając działania nieetyczne (pracownik chce wcisnąć trefny produkt) może być on najbardziej naturalnym i zaangażowanym sprzedawcą. Pokazuje perspektywy, wylicza potencjalny zysk za miesiąc, rok pięć lat. Być może nawet informuje o tym, że sam zakupił te akcje i jest zadowolony. Ale nieświadomie pomija lub bagatelizuje sugerowane obawy klienta o ryzyko, nie rozumie, po co klient (który przecież chce zarobić na inwestycji) dopytuje o możliwość straty, o zasady wycofania się z inwestycji. I po tym spektaklu naprawdę zaangażowanej sprzedaży pracownik przeżywa szok, bo klient ostatecznie stwierdza: „ja jednak nie wejdę w to”. Jak to? Przecież przekonywał go najszczerzej jak mógł, jakby mówił do siebie. No właśnie, ale nie przekonywał siebie, tylko klienta z meta-programem „unikanie”. Co zatem powinien był zrobić? Powstrzymać swoje „hop do przodu”, cierpliwie zapytać o obawy, wyjaśnić na spokojnie ewentualne ryzyka, ale nie utajniać ich. „Unikanie” może podjąć decyzję mimo istniejących ryzyk, ale musi je mieć omówione wraz z planem ich niwelowania i reagowania na nie. Po takiej rozmowie duże prawdopodobieństwo, że klient poczuje, że reagowaliśmy na jego potrzeby, że sprzedawca go rozumiał i bliżej mu będzie do podjęcia decyzji inwestycyjnej.
Uniwersalne zastosowanie
To oczywiście jeden z przykładów praktycznego wykorzystania kompetencji miękkich. Czy nie życiowy? Nie przydatny w każdej branży niezależnie od stanowiska, produktu czy oferty i zależności między rozmówcami?
Pomysł na nasze studia – „Lider kompetencji społecznych” to właśnie dokładna odpowiedź na te potrzeby i jednocześnie zebranie i usystematyzowanie omówionych powyżej umiejętności w cyklu zajęć podczas jednego roku studiów. W oparciu o kadrę praktyków biznesu chcemy z wami mówić o tym, o czym się nie mówi, a co jest tak potrzebne w codziennych kontaktach społecznych. W ciągu jednego roku skumulowaliśmy wszystkie wyżej wymienione umiejętności tak, by w ramach jednego kierunku studiów przygotować się i do wystąpień, i do pracy w zespole, zarządzania nim, i do negocjacji, i pracy z klientem, a także z własnymi emocjami, potencjałem czy kryzysami. Nie do pominięcia jest uniwersalny wymiar treści, którymi chcemy się zająć na naszych studiach. Wymienione powyżej umiejętności nie tylko potrzebne są we wszystkich branżach zawodowych, ale ogromnie przydają się w codziennym życiu, czyli tam, gdzie komunikujemy się równie często i intensywnie, co w pracy. Pomyślmy tu o wszystkich trudnych rozmowach prowadzonych z naszymi dziećmi, rodzicami, przyjaciółmi. Ile razy chcielibyśmy lepiej zrozumieć intencje drugiej strony, móc trafniej przekazać nasze, szybciej doprowadzać do „załatwiania” dziesiątek codziennych ustaleń, zadań, zobowiązań i potrzeb.
Lider kompetencji społecznych to praktyczna wiedza, przećwiczona na każdych zajęciach, praktyka, ale też dużo humoru, który zakładamy, że będzie nam towarzyszył w tej dwusemestralnej wspólnej przygodzie „miękkokompetencyjnej”.
Czytaj także: Dobrostan w pracy. Techniki liderów, które działają!
Autor
Doktor nauk humanistycznych, specjalizacja: językoznawstwo. Certyfikowany trener, mentor, doradca i asesor. Szkoli od roku 1997 w biznesie, edukacji, administracji, NGO-ach. Przeprowadził ponad 12 000 godzin szkoleniowych. Twórca licznych programów i narzędzi autorskich, autor publikacji, w tym książkowych, z zakresu trenerstwa i edukacji. Członek założyciel Stowarzyszenia Mentorów PROMENTOR. Od roku 2013 do dziś Wiceprezes Stowarzyszenia.